Miliony na antresoli - artykuł 1- Rzeczpospolita z dnia 8 maja 2004 w dodatku "Plus-Minus". Autor Rafał Bublicki

TAK BYŁO: UKRYTE PIENIĄDZE PODZIEMNEJ "SOLIDARNOŚCI"


Przez dwadzieścia lat milczeli ludzie, którzy tuż przed stanem wojennym ukryli 80 milionów złotych należących do dolnośląskiej "Solidarności". Mimo że o udziale w tej operacji kardynała Henryka Gulbinowicza wiedziało wiele osób, do końca lat 90. Nikt o tym szczegółowo nie opowiadał. Pierwszy zrobił to sam kardynał, który w książce "A Kościół trwa" przyznał, że ukrywał pieniądze. W wywiadzie udzielonym "Rzeczpospolitej" w 2002 roku powiedział, że w jego rezydencji w kilka dni po ogłoszeniu stanu wojennego ukrywał się Władysław Frasyniuk, lider dolnośląskiej "Solidarności". Dopiero jednak, gdy poinformował, że w kwietniu 2004 roku przechodzi na emeryturę, fala wspomnień popłynęła szerszym strumieniem. Z cienia wyszli także dotąd nieznani bohaterowie tego wydarzenia.

W dniu, kiedy w telewizji rozpoczął się propagandowy show, związany z ukryciem przez nas 80 milionów złotych należących do "Solidarności", przyszedłem do mieszkania, w którym ukrywali się Basia Labuda i Władek Frasyniuk - wspomina pierwsze dni stycznia 1982 r. Józef Pinior, ówczesny rzecznik finansowy dolnośląskiej "Solidarności". - Gdy usłyszeliśmy informacje o pieniądzach, wybuchnęliśmy katartycznym śmiechem. Dopiero wtedy dotarło do nas, jaki numer zrobiliśmy Służbie Bezpieczeństwa. Gdy zobaczyliśmy, jak SB szaleje, zrozumieliśmy, że to jest wydarzenie spektakularne, które ma przede wszystkim znaczenie polityczne i propagandowe.
Kardynał Henryk Gulbinowicz dopiero przed kilku laty przyznał, że w stanie wojennym ukrywał działaczy Solidarności
FOT. (C) TOMASZ KIZNY
- Decyzja o ukryciu pieniędzy związkowych zapadła w drugiej połowie listopada 1981 r. Podjęliśmy ją w wąskim gronie działaczy, do których mieliśmy największe zaufanie - mówi Władysław Frasyniuk, ówczesny szef dolnośląskiej "Solidarności". - Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że władze szykują rozwiązanie siłowe. Powiedziałem Piniorowi, że ma dyskretnie wyjąć pieniądze z banku. Poinformowałem go też, że w czasie kryzysów pieniądze przechowywaliśmy w kurii arcybiskupiej.
Sejf w kurii
Dolnośląska "Solidarność" po raz pierwszy zdeponowała pieniądze w kurii na Ostrowie Tumskim tuż po strajku sierpniowym w 1980 roku. Organizacja nie miała wtedy osobowości prawnej i nie mogła korzystać z banku. Przechowywane środki związek później odebrał. Po raz kolejny wykorzystano taką możliwość w czasie kryzysu bydgoskiego w marcu 1981 roku, do kurii trafiło wtedy 10 milionów złotych. Wszystko przeprowadzono jawnie, a pokwitowanie depozytu
znajdowało się w siedzibie zarządu regionu. Pieniądze były w kurii w chwili ogłoszenia stanu wojennego. - Zostały tam trochę przez zasiedzenie - mówi Władysław Frasyniuk.
W listopadzie 1981 r. wszystko przebiegało inaczej. - Pamiętam, że pojedynczo wychodziłem z wybranymi członkami prezydium zarządu regionu i doradcami z siedziby "Solidarności" przy ul. Mazowieckiej. Były to wybrane osoby, nie ze względu na brak zaufania, lecz wymogi bezpieczeństwa. W konspiracji, gdy o czymś wiedzą dwie osoby, to o jedną za dużo - opowiada Pinior. - Rozmawiałem na pewno z Karolem Modzelewskim, Barbarą Labudą, Mieczysławem Zlatem i Staszkiem Huskowskim. Później sporządziłem tekst uchwały, w której prezydium zarządu regionu upoważniało mnie do zabezpieczenia majątku związkowego na wypadek uderzenia w "Solidarność". Uchwała miała datę 2 grudnia, nie było w niej jednak ani słowa o podjęciu 80 min złotych. Członkowie zarządu zapewne sądzili, że podobnie jak w czasie kryzysu bydgoskiego, podejmę 10 min złotych.
Pinior uważa, że schowanie pieniędzy u arcybiskupa Gulbinowicza było najlepszym rozwiązaniem. - Nie wiedziałem, co się z nami stanie. A jeśliby się coś stało, pozostałby zarzut: nie rozliczyli się z pieniędzy. Kardynał swoim autorytetem gwarantował ich bezpieczeństwo - podkreśla.
Odpowiedni moment
- Kiedy decyzja już zapadła, najważniejszą sprawą było wyczucie odpowiedniego momentu pobrania pieniędzy. Bałem się, żeby się nie spóźnić. Nie spałem po nocach - opowiada Józef Pinior. Konieczne były przygotowania w banku oraz zorganizowanie ekipy, która wywiezie i schowa pieniądze. Pinior, z wykształcenia prawnik, do czerwca 1981 r., kiedy został wybrany do władz dolnośląskiej "Solidarności", pracował w Narodowym Banku Polskim jako tłumacz w Wydziale Operacji Zagranicznych. Znał Jerzego Auiicha, dyrektora V Oddziału NBP, gdzie "Solidarność" miała konto.

Na przeliczenie i przygotowanie tak dużej kwoty potrzeba było kilku godzin. - W 1981 roku organizacje społeczne nie musiały mieć konta. Otworzyliśmy je ze względów bezpieczeństwa. Bank zobligowany wewnętrznymi przepisami powinien przy każdej większej wypłacie zawiadomić milicję. Chodziło o to, aby w tym przypadku od tej zasady odstąpić. Ludzie z banku zachowali się z klasą. Tylko dwie osoby, dyrektor Aulich i naczelniczka wydziału, wiedziały, że pobieramy 80 milionów z konta "Solidarności" - wspomina Pinior.

Kazimierz Jerie, skarbnik Solidarności z czasów stanu wojennego, w swoim miejscu pracy na Uniwersytecie Wrocławskim; zdjęcie z lat 80.
FOT. (C) ARCH. KAZIMIERZA JERIEGO / REPR. FOTORZEPA / GRZEGORZ HAWAŁEJ
W pobraniu i ukryciu pieniędzy obok Piniora wzięli udział Piotr Bednarz, wiceprzewodniczący zarządu regionu "S", Tomasz Surowiec, pracownik ZR, a przed Piniorem skarbnik związku, i Stanisław Huskowski. członek prezydium zarządu regionu i rzecznik prasowy związku (obecnie senator RP). - Staszek Huskowski znał arcybiskupa Gulbinowicza. Poprosiłem, żeby nas z nim umówił na 3 grudnia rano - opowiada Pinior. (Wszyscy uczestnicy wydarzeń tytułują arcybiskupa Gulbinowicza "kardynałem", mimo że godność tę otrzymał dopiero w 1985 roku.)
Do banku na ulicy Ofiar Oświęcimskich pojechali około godziny ósmej rano. Pinior z Bednarzem poszli na zaplecze. - Piotr był zaszokowany, kiedy dostał do podpisania czek na 80 milionów
złotych. Spojrzał na mnie. Przed nami stała naczelniczka oddziału. Powiedziałem: "Piotr, ta pani na nas patrzy. Załatw to". Widziałem, że jest zdezorientowany. Wybrałem prawie wszystko, co było na koncie, zostawiając kwoty potrzebne na bieżące opłaty - opowiada Pinior.
Banknoty zapakowano do trzech walizek, które wzięli Surowiec i Bednarz. We trzech z Piniorem pojechali fiatem 125p w stronę Osobowic, gdzie czekał Huskowski ze swoim maluchem. - Miałem stać sto metrów od mostu Osobowickiego. Pech chciał, że trzy, cztery minuty przed przyjazdem kolegów z pieniędzmi wydarzył się w tym miejscu wypadek. Jakiś samochód wpadł w poślizg, dachował, spadł z nasypu. Byłem jedynym świadkiem, ale musiałem odjechać sto metrów dalej. Przyjechała milicja i pogotowie. Byłem potwornie spięty, bo nagle zorientowałem się. że nie mam przy sobie dowodu osobistego, prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego - mówi Huskowski. Gdy nadjechał samochód z pieniędzmi, przeładowali je do malucha. - Dalej pojechaliśmy tylko z Piniorem, bo dla Bednarza nie było miejsca - ciągnie Huskowski. Ruszyli w stronę Obornik i klasztoru w Bagnie, sprawdzając, czy nie mają "ogona". Potem zawrócili w stronę Ostrowa Tumskiego.
Wjechali na dziedziniec pałacu arcybiskupiego. - Walizki były potwornie ciężkie. Józek nie grzeszy siłą fizyczną. Poza fajką i kieliszkiem whisky niczego nie nosił - z humorem opowiada Huskowski.
-    Kardynał na nas czekał. Był miły, gościnny, opanowany. Byłem ujęty jego młodzieńczością - wspomina Pinior.
-    Ksiądz arcybiskup nie zastanawiał się, gdzie umieścić pieniądze. Po prostu wskazał miejsce - mówi Huskowski.
Pinior pamięta, że arcybiskup Gulbinowicz wskazał antresolę na piętrze, między łazienką a swoimi prywatnymi pokojami. Siostra zakonna przyniosła drabinkę, a Huskowski umieścił walizki na antresoli. Pinior mówi dzisiaj, że arcybiskup Gulbinowicz chciał wystawić pokwitowanie. - Uważałem, że to absurd. Nie po to chowamy 80 milionów u kardynała, żeby brać pokwitowanie, które należałoby tak dobrze schować, jak pieniądze. Przecież mieliśmy pełne zaufanie - mówi Pinior. Pamięta, że kardynał oponował. - Pytał: "A co będzie, jeśli nagle umrę?".
-    Uścisk dłoni i spojrzenie w oczy oraz stwierdzenie, że to nasza tajemnica były sto razy ważniejsze niż wszelkie pokwitowania. Powiedzieliśmy sobie tylko, że sprawa pieniędzy to tajemnica. Może być do niej dopuszczony tylko Frasyniuk - opowiada Huskowski.
SB na tropie
W nocy z 12 na 13 grudnia nikt z osób wtajemniczonych w sprawę nie został zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa. - Po pobraniu pieniędzy z banku przeniosłem się do mieszkania mojej obecnej żony, wtedy dziewczyny, Marii Chojnackiej. Ponieważ nie afiszowaliśmy się z naszym związkiem, jej adres był SB nieznany - opowiada Pinior.
Stanisław Huskowski 12 grudnia zgłosił się do szpitala na wcześniej umówione badania. - Miałem wysokie ciśnienie. Do sylwestra nikt mnie w szpitalu nie niepokoił - wspomina. Bednarz i Surowiec byli u rodziny i znajomych.
Frasyniuk wracał pociągiem z posiedzenia Komisji Krajowej w Gdańsku. Dzięki pomocy kolejarzy rano 13 grudnia wyskoczył z pociągu przed stacją Wrocław Główny. W południe dotarł do zajezdni na ul. Grabiszyńskiej, gdzie spotkał się z Bednarzem i Piniorem. Powołali Regionalny Komitet Strajkowy NSZZ "Solidarność". W zajezdni Pinior powiedział Frasyniukowi o pobraniu
pieniędzy z banku. Obaj pamiętają rozmowę, która się wtedy odbyła. - Nie miałem zielonego pojęcia, o jaką sumę chodzi. Gdy powiedział, że 80 milionów, wyrwało mi się: "O, k.... To ty wszystko wyjąłeś?". Byłem zaskoczony. Razem z pieniędzmi z marca mieliśmy dziewięćdziesiąt baniek - opowiada Frasyniuk.
Do 17 grudnia Frasyniuk wraz z Bednarzem i Piniorem kierował strajkami w Pafawagu, Dolmelu i Facie. Po rozbiciu ich przez ZOMO ukrywali się we wrocławskich kościołach. Frasyniuk wspomina, że prawdopodobnie w piątek, 18 grudnia, poszedł do pałacu arcybiskupa. Aby nie wzbudzać podejrzeń, miał sam dotrzeć do kardynała. Ruszył tuż przed godziną policyjną. Było ciemno. Szedł od strony mostu Pokoju, przez bulwar nad Odrą i przez płoty ogradzające biskupi ogród. Było to, jak wspomina, mało przyjemne. Jednocześnie był zaskoczony, że poszło tak łatwo. Spodziewał się zwiększonej obstawy tajniaków na Ostrowie Tumskim.

Pokwitowania finansowe z czasów stanu wojennego, na dokumentach podpisy "Tezeusza" - Józefa Piniora
FOT. (C) ARCHIWUM KAZIMIERZA JERIEGO / REPR. FOTORZEPA / GRZEGORZ HAWAŁEJ
"Odbierał" go uprzedzony o wizycie biskup Adam Dyczkowski (wówczas sufragan wrocławski, od 1993 r. ordynariusz diecezji gorzowsko-zielonogórskiej). U biskupa Frasyniuk przenocował, po raz pierwszy od 13 grudnia wykąpał się i przespał w czystej pościeli. - W pałacu byłem chyba dwa dni. W tym czasie nikogo poza kardynałem, biskupem i siostrą szarytką nie widziałem. Biskup Dyczkowski żywo interesował się, czy wszystko mamy: ciepłe ubrania, żywność itd. Kardynał rzeczowo zapytał: w czym mogę pomóc? I od razu przeszedł do ustalenia kontaktów. Wtedy uzgodniliśmy, że pieniądze będzie wydawał wyłącznie po otrzymaniu na piśmie dyspozycji z moim podpisem lub podpisem Piniora. Kardynał zdecydowanie namawiał do oporu. Radził jednocześnie, by nie przesadzać ze spektakularnymi akcjami, nie prowokować niepotrzebnie komunistów. Umacniać opór w zakładach pracy, tworzyć tajne komisje, nie wychodzić na ulice. Kardynał powtarzał: "Pochodzę ze Wschodu i znam mentalność komunistów" - opowiada Frasyniuk.
Pieniądze na rozbijacką robotę
31 grudnia 1981 "Magazyn Gazety Robotniczej", organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR we Wrocławiu, po raz pierwszy poinformował o ukryciu 80 milionów złotych przez władze "Solidarności". Od 4 stycznia 1982 r. w kolejnych odcinkach ukazujących się do 11 stycznia, na podstawie zeznań złożonych przez Bożenę M., kasjerkę dolnośląskiej "S" i księgową związku Otylię B., gazeta relacjonowała przebieg zdarzeń w listopadzie i na początku grudnia 1981 r.
- Bożena M. była potwornie przestraszona. Opowiedziała milicji, kto pojechał do banku. Zeznała, że na polecenie Piniora podpisała dokumenty potwierdzające przyjęcie pieniędzy, których nie widziała - opowiada Stanisław Huskowski. Mimo że w grudniu został zatrzymany Tomasz Surowiec, SB mogła się tylko domyślać, gdzie są pieniądze. Ślad urywał się koło mostu Osobowickiego. "Nie podejrzewam bowiem, by Pinior czy Frasyniuk zagarnęli te pieniądze tylko dla siebie, bo w końcu komu i na co są dziś potrzebne tego rodzaju sumy? Zostaną one najpewniej przeznaczone na robotę, która będzie przyczyniać się do wzniecania dalszych niepokojów w tym kraju, przedłużenia stanu wojennego, niszczenia początków stabilizacji, która przyniosła wyraźną ulgę ludziom tęskniącym do tego, by wreszcie żyć w kraju normalnym" - cynicznie ubolewał na łamach "GR" Henryk Stokrocki.?
Gazeta poinformowała 11 stycznia 1982 r. o odwołaniu ze stanowiska Jerzego Aulicha, dyrektora V Oddziału NBP we Wrocławiu. Tego samego dnia opublikowała list gończy za Piniorem. W dwóch następnych dniach ukazały się listy gończe za Huskowskim i Bednarzem.
Kasjer
Doktor Kazimierz Jerie nie wygląda na konspiratora. Jego budzący zaufanie wyraz twarzy kojarzy się raczej z naukowcem, którym jest do dzisiaj, zajętym pracą i rodziną. - Byłem szeregowym członkiem "Solidarności". Przez docenta Jerzego Czyżewskiego mieliśmy kontakt z ukrywającym się Władysławem Frasyniukiem - mówi. Pamięta, że do szefa dolnośląskiej "Solidarności" skierowała go Ewa Unger. działaczka Klubu Inteligencji Katolickiej, która wiedziała, że brat Jeriego jest księdzem w parafii Bożego Ciała.
Podczas pierwszego spotkania z Frasyniukiem Jerie zgodził się zostać kasjerem Regionalnego Komitetu Strajkowego. Miał pobierać pieniądze z kurii. Od Frasyniuka dostał karteczkę "Proszę o wydanie 5 min złotych" z podpisem. - Do kogo miałem się zgłosić? Mówiło się: "do tej osoby", nie wymieniając nazwiska i wykonując sugestywny gest rąk złożonych do modlitwy. Oczywiście wiedziałem, że chodzi o księdza arcybiskupa. Było jasne, że ani ja, ani mój brat ksiądz nie pójdziemy do niego bezpośrednio - wspomina. Poszli za to do biskupa Adama Dyczkowskiego, co nie wzbudzało podejrzeń, ponieważ przed jego pokojem w kurii stała zwykle długa kolejka księży i osób świeckich, mających coś do załatwienia. - Kontakt przez biskupa Dyczkowskiego to była, jak to nazywałem, śluza. Oddałem biskupowi kartkę od Frasyniuka. Powiedział, że da znać, kiedy sprawa zostanie załatwiona - opowiada Kazimierz Jerie.
-    Biskup Dyczkowski był jedynym biskupem pomocniczym wtajemniczonym w sprawę pieniędzy. Nie był to przypadek. Arcybiskup Gulbinowicz uważał, że biskup Dyczkowski jest w gorącej wodzie kąpany, może zbyt otwarty w kontaktach z "Solidarnością", ale wiedział, że to góral, antykomunista i pewny człowiek - opowiada Frasyniuk. Jego zdaniem o szczegółach związanych z miejscem ukrycia pieniędzy i dysponowaniem nimi wiedział jednak tylko arcybiskup Gulbinowicz. Jedna z osób zbliżonych do kurii dodaje, że o miejscu, gdzie są ukryte pieniądze, poza arcybiskupem wiedziała jedna, nieżyjąca już siostra zakonna.
Pierogi u cioci
-    Metoda przekazywania pieniędzy była bardzo prosta - wyjaśnia Kazimierz Jerie. Po dwóch dniach od przekazania kartki jego brat poszedł do kurii. Przez chwilę rozmawiał z biskupem Dyczkowskim, ten polecił swojemu kierowcy, aby zawiózł brata tam, gdzie będzie chciał, zaś na tylne siedzenie rzucił plastikową torbę z 5 milionami złotych. Ksiądz Jerie pojechał do ciotki na ulicę Żeromskiego. Od godziny czekał tam na niego brat. - Ciocia robiła wspaniałe pierogi. Nie zdziwiła się, bo często na te pierogi przychodziłem. Nie była też zaskoczona, gdy godzinę później na pierogi wpadł mój brat. On wyszedł z mieszkania pierwszy. Zostawioną przez niego torbę z pieniędzmi włożyłem do innej, na wierzchu położyłem pierogi dla dzieci. Wsiadłem do trabancika i pojechałem do domu - opowiada Kazimierz Jerie. Torbę schował do szafy. Gdy dzieci poszły spać, razem z żoną, Marią Wanke-Jerie, otworzyli przesyłkę. Pięćset- i tysiączłotowe banknoty były w paczkach z banderolami NBP.
-    Zerwaliśmy i podarliśmy stare opaski NBP, wrzuciliśmy je do klozetu. Pieniądze przełożyliśmy do kilkunastu plastikowych woreczków, które spuszczaliśmy do schowka pod parapetem. Były umocowane na sznurku. Mogliśmy je stopniowo wyjmować. Robiliśmy to zawsze o 2 - 3 w nocy przy zgaszonym świetle, gdy wszyscy spali - wspomina Maria Wanke-Jerie. Oprócz nich o skrytce wiedział tylko ksiądz Jerie. - Mógł mi się zdarzyć zawał, mogliśmy zostać aresztowani - tłumaczy tajny kasjer.
Kazimierz Jerie starał się zachowywać pozory, że pieniądze są przechowywane poza jego mieszkaniem. Łącznicy, którzy zgłaszali się z zapotrzebowaniem podpisanym przez Frasyniuka lub Piniora, nigdy nie otrzymywali pieniędzy natychmiast. Pinior wprowadził też zasadę, że nikt nie dostanie powtórnie pieniędzy, jeśli nie rozliczy się z kwoty, którą poprzednio otrzymał. Preliminarze wydatków z zaszyfrowanymi nazwiskami odbiorców Pinior przekazywał kasjerowi.
-    Kiedy zapotrzebowanie zgłaszał Pinior lub Frasyniuk - opowiada Kazimierz Jerie - pieniądze zawoziłem im osobiście.
Jerie mieszka w wieżowcu przy placu Grunwaldzkim. W tym samym bloku znajdowało się mieszkanie "kontaktowe", z którego korzystali Władysław Frasyniuk i Barbara Labuda. Frasyniuk nie wiedział, gdzie mieszka Jerie. Pewnego dnia spotkali się jednak przypadkiem na korytarzu. - Podczas krótkiej rozmowy zastanawiałem się, czy Frasyniuk zauważył, że jestem w domowych pantoflach. To byłaby dekonspiracja - mówi Jerie. Frasyniuk nie pamięta tego zdarzenia. Mieszkanie przy placu Grunwaldzkim było jednym z kilkudziesięciu, z których korzystał, ukrywając się w 1982 roku.
4 marca 1982 r. w "kotle" zorganizowanym przez Służbę Bezpieczeństwa na ulicy Budziszyńskiej aresztowany został Stanisław Huskowski. - Ukrywałem się. Organizowałem redakcję podziemnego biuletynu "Z dnia na dzień". Pojechałem pod umówiony adres. Zapukałem według umówionego hasła. Gdy otworzyły się drzwi, dwóch drabów mierzyło do mnie z pistoletów. Rzucili mnie na ziemię. Krzyczeli: "S..., oddaj broń". Byłem przerażony, ale miałem poczucie niesłychanej absurdalności sytuacji. Nie posiadałem żadnej broni - opowiada Huskowski.
Siedem dni siedział "na dołku" w Komendzie Wojewódzkiej MO. Esbecy stale pytali go o pieniądze "Solidarności". Jedno z przesłuchań trwało trzynaście godzin bez przerwy. - Nie było chamstwa, bicia. Zdawali sobie sprawę, że jestem znanym działaczem "Solidarności", co pewnie krępowało ich działania. Nie przypuszczali też pewnie, że im coś powiem. Na pytania, gdzie są pieniądze, odpowiadałem, że wiem to, co przeczytałem w gazetach - mówi Huskowski. Został internowany, a na wolność wyszedł w październiku 1982 r.
W dokumentacji finansowej przejętej w siedzibie dolnośląskiej "Solidarności" funkcjonariusze SB znaleźli pokwitowanie arcybiskupa Gulbinowicza na 10 milionów złotych przekazanych do depozytu w marcu 1981 r. - Kardynał przesłał mi wiadomość, że SB znalazła to pokwitowanie - opowiada Frasyniuk. - Zaproponował, abym napisał list, datowany już po wprowadzeniu stanu wojennego, w którym proszę o przekazanie tej sumy Towarzystwu im. Brata Alberta, zajmującemu się opieką nad bezdomnymi. Napisałem takie pismo. O ile wiem, kardynał pokazał je SB, twierdząc, że przesłał pieniądze zgodnie z życzeniem właścicieli. W SB byli wściekli.
Frasyniuk podkreśla, że kontakty z arcybiskupem Gulbinowiczem były w latach stanu wojennego bardzo dobre. W pełni popierał działania "Solidarności". - Nie będę się wykręcał. Nie tylko Władysław Frasyniuk ukrywał się w rezydencji arcybiskupów wrocławskich. Byli też u mnie i inni. Bogu dzięki, nikogo nie złapano. Albo SB nie chciała tego robić, albo udało się utrzymać sekret - mówił kardynał Gulbinowicz.
Kazimierz Jerie do dzisiaj ma szczegółowe notatki o pobieranych z kurii kwotach: 6 maja 1982 r.
-    5 milionów, 15 czerwca 1982 r. - 5 milionów, 4 lutego 1983 r. - 9 milionów. Pokazuje teczkę z pokwitowaniami i rozliczeniami. - Życzyłem sobie pokwitowań. Później Pinior chciał, aby je mu przekazać. Zwlekałem. Uważałem, że to niebezpieczne. Okazało się, że słusznie. Część jego archiwum została zarekwirowana w mieszkaniach ludzi, których aresztowano razem z Piniorem w kwietniu 1983 r. To, co było u mnie, jest tu do dzisiaj. Pokwitowania przechowywałem w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego, w kasie z promieniotwórczymi izotopami - opowiada Jerie.?
Zamrożona suma
Frasyniuk został aresztowany 5 października 1982 r. Odmówił składania zeznań. Po aresztowaniu Bednarza (na początku listopada 1982 r.) biskup Dyczkowski spotkał się z Piniorem, który został szefem RKS. - Rozmawiali o zabraniu z kurii pozostałych tam jeszcze pieniędzy - opowiada Jerie. Kiedy zastanawiał się nad nowym schowkiem, 23 kwietnia 1983 r. nadeszła wiadomość o aresztowaniu Piniora.
Miesiąc później szefem RKS został Marek Muszyński, który chciał wykorzystać ukryte pieniądze. - Marek był dla mnie osobą zaufaną. To był kiedyś nasz student. Spotkałem się z biskupem Dyczkowskim. Powiedział mi jednak, że sprawa pieniędzy jest nieaktualna. Po aresztowaniu Piniora zgłaszali się po nie do kurii różni ludzie, o których kardynał nie wiedział, czy są do tego upoważnieni. Postanowił więc "zamrozić" pieniądze i wydać je tym osobom, które je zdeponowały - opowiada Jerie.
 
Muszyński nie chciał uwierzyć, że wydanie pieniędzy zablokował kardynał. Uważał, że zrobił to Frasyniuk. Jako szef Regionalnego Komitetu Strajkowego był w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Do czasu aresztowania Piniora region dolnośląski był nie tylko samowystarczalny, ale pomagał finansowo innym. Przekazał np. 2,5 min złotych do Świdnika, Łodzi i Małopolski. Dolny Śląsk nie korzystał też z pomocy finansowej z Zachodu. RKS nie zbierał składek w zakładach pracy. Gdy dostęp do pieniędzy został zablokowany, Muszyński musiał na bieżącą działalność podziemnych struktur "S" pożyczać pieniądze od komisji zakładowych m.in. z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Karol Modzelewski (z lewej) i Stanisław Huskowski, 1981 r.

FOT. (C) OSSOLINEUM / FOT. KRZYSZTOF CAP ALA / REPR. GRZEGORZ HAWAŁEJ
- Z perspektywy czasu blokada pieniędzy wyszła nam jednak na dobre. Zaczęliśmy zbierać składki, które obok kolportażu były czynnikiem integrującym podziemne struktury związku. Potem otrzymaliśmy pieniądze z Brukseli - opowiada Muszyński. Frasyniuk i Pinior wyszli na wolność w sierpniu 1984 r. Wtedy jednak zorganizowanie spotkania Muszyński - Frasyniuk było zbyt niebezpieczne. W lutym 1985 r. Frasyniuk ponownie trafił do więzienia. Z Muszyńskim spotkał się dopiero po amnestii w 1986 roku. - Wtedy RKS dostał 4 miliony złotych. Nie były one nam już wtedy tak bardzo potrzebne. Z inicjatywą przekazania pieniędzy wystąpił Władek. Przyjąłem je, aby pokazać, że są między nami dobre stosunki. Do 1989 roku nie dostałem z tej puli innych pieniędzy - mówi Marek Muszyński.
Złotówki na dolary
- Pod jednym względem kardynał Gulbinowicz i Pinior dobrali się jak w korcu maku. Tak różni, jeśli chodzi o światopogląd, idealnie zgadzali się w sprawie dysponowania pieniędzmi. Obaj uważali, że to własność publiczna, z której prędzej czy później trzeba będzie się szczegółowo rozliczyć - mówi Frasyniuk.
Od początku problemem było zapobieżenie spadkowi wartości pieniędzy, gdy złotówka ulegała stałej dewaluacji po wprowadzeniu stanu wojennego. Jednym ze sposobów była wymiana na dolary. - Po wyjściu Frasyniuka z więzienia w 1986 r. obaj spotkaliśmy się z kardynałem - mówi Pinior. - Przy kolacji zaproponował wymianę pieniędzy. To była jego inicjatywa. Gdzie, na jakich
zasadach, nie pytaliśmy. Może zresztą kardynał zrobił to wcześniej i "rozpuścił" pieniądze w funduszach kościelnych?
Pinior dodaje, że gdy w grudniu 1987 r. powstała kierowana przez Frasyniuka legalna Regionalna Komisja Wykonawcza, otrzymała 10 min złotych. Pozostałe pieniądze (w przeliczeniu 50 tysięcy dolarów) Pinior przekazał 2 marca 1990 roku nowo wybranym władzom "Solidarności" podczas walnego zebrania delegatów dolnośląskiego regionu związku. Z opublikowanego wówczas rozliczenia wynika, że w latach 1982 - 1989 z 80 min złotych na cele związkowe wydano 34 min. Pinior otrzymał od zjazdu absolutorium.
Spalony samochód
Władze PRL nie potrafiły udowodnić, kto ukrył 80 milionów złotych. Dotkliwie nękały jednak przypuszczalnych uczestników legendarnej akcji. W stosunku do arcybiskupa Gulbinowicza SB posunęła się do kryminalnych przestępstw. Ich kulminacją było podpalenie przez "nieznanych sprawców" jego samochodu. Ford grenada spłonął na podwórku plebani w Złotoryi, gdy 19 maja 1984 roku arcybiskup udzielał bierzmowania. Protokół spisywali dwaj cywilni milicjanci, w których kardynał rozpoznał rok później - podczas telewizyjnej relacji z toruńskiego procesu morderców księdza Jerzego Popiełuszki - kapitana Grzegorza Piotrowskiego i porucznika Leszka Pękalę.
W 1991 roku przed sądem w Złotoryi odbył się proces trzech oficerów SB oskarżonych o podpalenie samochodu. Zeznali, że rozkaz wydał generał Zenon Płatek, były szef IV Departamentu MSW. Oskarżony Piotr G. mówił też przed sądem, że generał Płatek w obecności swego zastępcy płk. Adama Pietruszki i wyznaczonego na dowódcę akcji Waldemara P. (oskarżonego w Złotoryi) wydał polecenie obrzucenia kamieniami samochodu arcybiskupa Gulbinowicza. Scenariusz akcji miał być identyczny, jak ujawniony w czasie procesu toruńskiego plan ataku na samochód księdza Popiełuszki. Celem było spowodowanie wypadku i śmierci pasażerów. Oskarżeni oficerowie twierdzili, że sprzeciwili się wykonaniu tego zadania.
Szczególnie długo nękała SB Józefa Piniora. Po aresztowaniu w kwietniu 1983 przez rok był więziony przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Gdy wyszedł na wolność, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych, które przejęło majątek "Solidarności", wytoczyło mu proces cywilny w sprawie zagarnięcia związkowych pieniędzy. Po wyroku skazującym i odrzuceniu apelacji przez Sąd Najwyższy komornik zajął mienie Piniora. - Przychodził i zabierał wszystko, co w myśl ówczesnego prawa nie było niezbędne do życia. Nie mogłem mieć np. telewizora - opowiada były rzecznik finansowy dolnośląskiej "S".
Wyrok ten został unieważniony dopiero w 1992 roku, kiedy wybuchł skandal związany z obowiązywaniem politycznych wyroków z czasów PRL. Piniorowi, mimo wygrania konkursu, uniemożliwiono wówczas objęcie stanowiska wykładowcy w Katedrze Państwa i Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, ponieważ figurował w rejestrze skazanych. W jego obronie wystąpił Jan Nowak-Jeziorański, zabrał też głos w "Nie" Jerzy Urban. Dopiero po serii publikacji oba ciążące na nim wyroki z lat 80. (drugi dotyczył organizacji strajku w 1988 roku) zostały uchylone. Ostatecznie Piniora zatrudnił jako wykładowcę profesor Józef Kaleta, rektor Akademii Ekonomicznej. Do dzisiaj pracuje w tej uczelni.
Umowa
Przez pierwsze dziesięciolecie III Rzeczypospolitej uczestnicy akcji ukrycia 80 milionów: kardynał Henryk Gulbinowicz, Władysław Frasyniuk, Józef Pinior i Stanisław Huskowski, milczeli. Oddając pieniądze "Solidarności" na początku 1990 roku, Józef Pinior mówił, że sam zamienił złotówki na dolary. Kazimierz Jerie zapytany przez Piniora, czy chce, aby podczas zjazdu "Solidarności" opowiedział o jego roli kasjera, odpowiedział, że lepiej nie, "bo może jeszcze się przydam". - Jeśli w 1981 roku powiedziałem księdzu kardynałowi, że nikt nie będzie wiedział, co zrobiliśmy, to nawet w czasach wolnej Polski na pytanie, gdzie zawiozłem pieniądze, odpowiadałem "nie wiem" - mówi Huskowski. Dopiero gdy pod koniec lat 90. kardynał Henryk Gulbinowicz potwierdził, że ukrył solidarnościowe pieniądze, także inni uczestnicy tej akcji przerwali milczenie. -
RAFAŁ BUBNICKI
Artykuł ukazał się w "Rzeczpospolitej" w dniu 8 maja 2004 w dodatku "Plus- Minus". Jego autorem jest Rafał Bubnicki.